Autor Psalmu 137 pozostaje nadal nieznany. Nie wiemy nawet tego, czy dzielił los wygnańców po zburzeniu Jerozolimy, czy tylko odtworzył genialnie ich nastroje w niewoli babilońskiej. Ale jedno jest jasne: był prawdzi­wym poetą. Żałobę po utraconym kraju wyraził obrazem lutni zawieszonej na drzewie, milczącej jak — według niego — powinny być milczące usta banity.

Psalm ten najlepiej tłumaczyć mogą poeci, którzy zaznali goryczy emigranckiego losu. Uczynił to Miłosz. Z jego więc przekładu cytujemy pierwszą część Psalmu:

„Nad rzekami Babilonu, tam siadaliśmy płacząc i wspo­minając Syjon.
Na wierzbach tamtego kraju zawieszaliśmy lutnie nasze. Bo którzy nas wzięli w niewolę, tam od nas żądali pieśni, ciemiężyciele nasi chcieli od nas radości: ‚Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni syjońskich!’
Jakże nam śpiewać pieśń Pańską na ziemi obcej? Jeżeli zapomnę ciebie, Jeruzalem, niech uschnie moja prawica.
Niech przylgnie mój język do podniebienia, jeżeli nie będę pamiętał o tobie, jeżeli nie będę wynosił Jeruzalem nad wszelką radość moją”.

Nad wszystkimi rzekami obcych krajów polscy emigranci wspominali i opłakiwali Polskę. Nad Sekwaną, Tamizą i Ty­brem. Na nieludzkiej ziemi świadkami ich tęsknot, łez i cier­pień były Wołga, Ob, Jenisej, Kołyma. Cały świat zmieniał się w ich oczach w Babilon, po którym wędrowali jako „pielgrzy­mi wolności”. Bogactwem ich były słowa prawdy, wolności i miłości pozbawione praw obywatelskich w ojczyźnie. Bo­gactwem i wspólnym domem, gdzie wszystko było pieśnią wyznającą wierność polskiej kulturze duchowej wyrosłej na pożywkach chrystianizmu. Pieśnią nie dla zabawy tych, któ­rzy byli powodem naszego rozproszenia, lecz jakby dalszym ciągiem lamentu Psalmisty. Może to miał na myśli Norwid, gdy w „Pierścieniu wielkiej damy” pisał:

„W Babilonie, za Ezechiela dni,
Najmniej czynnym, zaiste, ten bywał,
kto z załamanymi nie stał dłońmi”.

Załamane dłonie — znak postawy wewnętrznej pełnej bólu i zarazem czujności, żeby nie zapomnieć o kraju młodoś­ci własnej i narodu. Gestem tym wprowadzali pisarze Wiel­kiej Emigracji nowość w literaturę powszechną. Głosili bo­wiem hasła godności wolnego człowieka potwierdzane walką i osobistymi ofiarami. Bez nich Europa byłaby uboższa nie finansowo, nie o potęgę militarną lub wielkie dzieła sztuki, lecz o tę cechę cywilizacji chrześcijańskiej, którą nazywamy wiernością za wszelką cenę, za cenę tułaczki wśród obcych.

Tę wierność podstawowym wartościom duchowym kultu­ry europejskiej zapisali nam w testamencie, jakby przeczuwa­jąc, że nie minie jedno pokolenie od spełnienia się ich prag­nień wolności narodu, a znowu na Wschód i na Zachód otwo­rzą się nam drogi które były ich drogami walk i cierpień.

Otrzymaliśmy piękne i zarazem trudne do spełnienia za­danie. Lutni na drzewach nie wolno nam zawieszać, ponie­waż nie obcy żądają od nas pieśni lecz kraj pełen nadziei, że my wyśpiewamy to, o czym tam śpiewać nie można: prawdę i wierność. Dwa słowa dzisiaj raczej niemodne. W szóstym wieku przed Chrystusem mędrzec chiński zapytany, co za­bezpiecza pokój państwa i w państwie — potężne wojsko czy wielkie bogactwa, odpowiedział: „Nie wojsko i nie bo­gactwa, nie mądrość cesarza i nie liczni urzędnicy, lecz wier­ność prawdzie. Kto bowiem zdradza prawdę, zdradza pań­stwo”.

Literatura emigracyjna zdradziłaby naród, odstąpiwszy od prawdy i przez to wyrządziłaby mu największą krzywdę. Oszukiwany jest on bowiem w kraju przez system utrzymu­jący się przy władzy gwałtem i kłamstwem. Te dwa środki świadczą o zdemoralizowaniu rządzących, ale równocześnie tworzą atmosferę ogólnego zakłamania, w której rządzeni, zwłaszcza o słabszym charakterze, używają ich dla obrony swoich słusznych praw. Tak powstaje imperium kłamstwa, gdzie sprawdzają się słowa Izajasza: „I tak precz odsunięto prawo, a sprawiedliwość stoi w oddaleniu; zachwiała się praw­da na placu i prawość wejść tam nie może. I tak zabrakło wierności, a rzadko kto zła unika”. Prorok myślał wtedy o Izraelu, o jego deprawacji intelektualnej i etycznej. Wolno nam jednak tę wizję społeczeństwa w kryzysie przenieść z cza­sów przedchrystusowych w nasz wiek dwudziesty.

Od wszystkich rzek Babilonu do Wisły droga jest bardzo długa. Nie ta jednak, którą mierzymy kilometrami, lecz ta wymagająca dużego wysiłku intelektualnego i wielkiej życzli­wości, żeby zrozumieć sytuację, w jakiej żyją, pracują i wal­czą Polacy w kraju. Kontynent „Emigracja” i kontynent „Pol­ska nad Wisłą” z każdym rokiem oddalają się od siebie. Każ­dy ma swoje problemy, swoją historię i swoje plany na przy­szłość. Czterdzieści lat życia w innej rzeczywistości konkret­nej musi mieć wpływ na rozwojowe procesy oddzielonych od siebie społeczności. Jeżeli jeszcze w parę lat po wojnie mogli niektórzy mieć złudzenia, że stosunki społeczno-polityczne w Polsce radykalnie się zmienią i oni wróciwszy do kraju włączą się czynnie w odbudowę struktury państwowej, gospodarczej i kulturalnej wolnego narodu, to z upływem czasu zdrowy rozsądek brał górę i kazał im trzeźwiej patrzeć na zanikającą szansę odegrania wielkiej roli w dramacie narodowym. Roli oczywiście politycznej.

Pozostaje rola, którą emigracja spełnić może przez elitę intelektualną i twórczą, pilnującą ciągłości kultury duchowej narodu oraz ubogacającą jej dziedzictwo wartościowymi dzie­łami. Wartościowymi o znaczeniu prawdziwie humanistycz­nym, kiedy nawet przez troskę o naród i o los Polaka wyrażo­na będzie troska o los całej ludzkości.

Nad rzekami Babilonu wypada śpiewać wielką i piękną pieśń poświęconą prawdzie, wierności i wolności. Dosłyszy ją kraj i będzie dziękował jak dziękuje głodny za kawałek chleba. Dosłyszy ją każdy skrzywdzony niewolą człowiek.

Fragment książki: Ks. Jerzy Mirewicz T.J, Nad rzekami Babilonu, Księża Jezuici, Londyn 1982, ss. 7-9.