Ostatnie dni bogate są w okrągłe rocznice i choć ta rocznica nie może równać się z Bitwą Warszawską czy powstaniem Solidarności to jej bohater twierdził, że: „najbardziej czułem się Polakiem podczas zawodów, kiedy trzeba było wygrać z każdym, szczególnie z Ruskimi”. 60 lat temu Józef Szmidt, śląski kangur, wywalczył złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Rzymie.

Józef Szmidt urodził się w 1935 roku w Miechowicach na Śląsku, obecnie – to dzielnica Bytomia i miał być górnikiem albo mechanikiem samochodowym. Na uprawianie sportu namówił go starszy brat Edward, który w połowie lat 50. należał do najszybszych ludzi w Polsce, startował między innymi w sztafecie 4 x 100 m na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne. „Namówił” to nie jest odpowiednie słowo. To właśnie Edward odkrył talent młodszego brata i nie chcąc go zmarnować przyniósł do domu kwestionariusz członkowski „Górnika” Zabrze i sam powypełniał rubryki, kazawszy tylko braciszkowi się podpisać. Józek Szmidt miał już prawie 20 lat i licząc, że nikt nie potraktuje serio jego kandydatury, na wszelki wypadek nie stawił się ani na pierwszy, ani na kilka następnych treningów. Jednak Edward zdołał go przypilnować i doprowadził na stadion w Zabrzu. Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej fascynujących karier sportowych w dziejach lekkoatletyki polskiej.

Szmidt miał smykałkę do sportu – zaczął startować jednocześnie w skoku w dal, trójskoku i biegu na 100 metrów. Zdecydował, że postawi na trójskok, bo w nim miał najlepsze wyniki.
Jednak dobrze zapowiadający się lekkoatleta otrzymał powołanie do zasadniczej służby wojskowej.

Sportowcem był jeszcze Józef nieznanym, został bez dyskusji wysłany na zachodnie rubieże kraju, gdzie o sporcie nikt nawet nie chciał słyszeć. Szeregowy Szmidt musiał przez okrągły rok obywać się bez trójskoku.

Józef_Szmidt_1964 (commons.wikimedia.org)

Józef_Szmidt_1964 (commons.wikimedia.org)

Wielki talent zapewne zmarnowałby się bezpowrotnie, gdyby nie kolejna akcja starszego brata. Edward tak długo pukał do drzwi wojskowych prominentów, aż załatwił Józefowi przeniesienie do Wrocławia, gdzie dowództwo jednostki miało zwalniać go na treningi w Okręgowym Wojskowym Klubie Sportowym (późniejszy „Śląsk” Wrocław). Jak na ironię ów klub nie prowadził sekcji lekkoatletycznej, więc Józef został piłkarzem. We Wrocławiu, co prawda, ani razu nie kopnął piłki, bo gdy futboliści grali na boisku, on przeprowadzał równoległy trening w trójskoku.

Już w czasie, gdy stawiał pierwsze lekkoatletyczne kroki w „Górniku” Zabrze, nawykł do samotnego trenowania w lasku w Rokitnicy. Sam sobie dobierał elementy treningowe. Okres służby wojskowej tym bardziej zmusił go do całkowitej samodzielności w sporcie. Stopniowo poznawał własny organizm i jego reakcje na różne ćwiczenia, jakoś bezwiednie przeprowadzał interwałowy trening szybkości, biegając a to krótsze, a to dłuższe odcinki.

Gdy w roku 1956 przekroczył w trójskoku 15 metrów, powołano go na zgrupowanie kadry narodowej w Spale. Już na pierwszym treningu kazano mu przebiec sześć okrążeń 500-metrowej bieżni, wykonał tylko połowę tej roboty i przystąpił do przeprowadzania swoich tempówek: 160-140-120-100-80 metrów… Wieczorem został ostro skrytykowany na zebraniu trenerów i musiał nazajutrz podporządkować się szkoleniowym zaleceniom pod groźbą usunięcia z obozu. Trenerzy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki nie wiedzieli, że po powrocie do domu w Rokitnicy Szmidt realizował nadal swój specyficzny trening, gwiżdżąc na ich zalecenia.

Dopiero kilka lat później okazało się, że to on odkrył nową technikę trójskoku, opartą na wielkiej szybkości rozbiegu. Jest to powszechnie teraz stosowana technika biegowa z naprzemianstronną pracą ramion w trakcie skoków, bez mocnego odbijania się w górę. Krnąbrny Józef podważył swoim wynalazkiem założenia dominującej wówczas szkoły radzieckiej.

Co ciekawe, trener kadry Tadeusz Starzyński natychmiast zorientował się, że zamiast Szmidta pouczać, należy raczej korzystać z jego nowatorskich odkryć, bo nadzwyczajna kumulacja cech motorycznych pozwalała mu skakać zupełnie inaczej niż konkurenci. Podopieczny Starzyńskiego odbijając się nie szybował wzwyż a w dal, co się przekładało na rzecz najważniejszą – odległość.

Józef czynił błyskawiczne postępy. Już po dwóch latach treningu w pamiętnych mistrzostwach Europy w Sztokholmie, wśród ośmiu złotych medali zdobytych przez Polskę ten zdobyty przez Szmidta był najbardziej niespodziewany. W ostatniej kolejce Szmidt poszybował na 16,43 m! Rekord Polski i zwycięstwo w konkursie. Nieposłuszny trenerom członek kadry został mistrzem Europy.

1960 rok to wybuch wielkiej formy Szmidta. Mistrzostwa Polski na Stadionie Leśnym w Olsztynie. 5 sierpnia pierwszy dzień walki o mistrzowskie tytuły. Na rozbiegu staje Szmidt. W jego sylwetkę wpatruje się 10 tysięcy widzów, idealne trafienie na belkę i po trzech potężnych susach wylądowanie w piaskownicy, po chwili ogłoszono niewiarygodny wynik: 17.03 m!
Rekord Świata i po raz pierwszy przekroczona magiczna granica 17 metrów!

Po 5 tygodniach Szmidt jest już na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. 6 września staje na rozbiegu skoczni i pewnie wygrywa w Wiecznym Mieście konkurs trójskoku, uzyskując 16,81 m i wyprzedzając duet faworyzowanych reprezentantów ZSRR.

W 1962 roku na mistrzostwa Europy w Belgradzie broni zdobyty w Sztokholmie tytuł mistrza Starego Kontynentu.

Wiosną 1964 roku odzywa się Szmidtowi ból w kolanie. W październiku 1964 roku rozpoczynały się w Tokio Igrzyska Olimpijskie, a Szmidt 23 czerwca tegoż roku poszedł pod nóż. Po 63 dniach leżenia w szpitalu wznowił lekki trening dopiero w początkach sierpnia.

W Tokio zjawił się wciąż utykając z bandażem na kolanie. Jakimś cudem wykonał w finale cztery świetne skoki i po raz 2 z rzędu olimpijskie złoto zawisło na szyi kangura ze Śląska, a uważani za faworytów reprezentanci ZSRR kolejny raz musieli wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego z niższych stopni podium.

Nikt nie spodziewał się tego sukcesu. Nic więc dziwnego, że gazety w Polsce piały z zachwytu o „fenomenalnym wyczynie niezawodnego Józefa Szmidta”. W sposób jakże nietuzinkowy został też uhonorowany przez gospodarzy Igrzysk. Japoński cesarz Hirohito zaprosił go na pokład własnego samolotu, a ten specjalnie dla podwójnego mistrza olimpijskiego wykonał rundę honorową nad wulkanem Fudżi-jama.

Po tokijskiej wiktorii skończyła się jednak zwycięska passa śląskiego „kangura”. Na Olimpiadzie w Meksyku zajął siódmą lokatę. Młodsi wiekiem rywale byli lepsi. Jak na ironię, sportowiec startujący w barwach Górnika Zabrze musiał nadal pozostawać w zawodzie ślusarza i tylko „po godzinach” udawać się na trening, podczas gdy piłkarze tego klubu mogli spokojnie korzystać z tzw. lewych etatów kopalnianych, czyli ograniczać się do kopania futbolówki.

Dodatkowo na początku lat 70 za śmiałą wypowiedź na temat wyborów do Sejmu i wszechwładnej PZPR popadł w niełaskę u komunistycznej władzy. Został objęty zapisem cenzury, był nawet przepędzany ze stadionów. Szmidt, jako ten z czarnej listy, nie mógł dostać pracy, w  efekcie zwyczajnie biedował. Na życie zarabiał przez pewien czas hodowlą psów rasowych.
Będąc w desperacji, poszedł w 1975 roku w ślady brata Edwarda i uciekł do RFN. Został rehabilitantem w słynnej klinice w Lüdenscheid, a jego żona – instrumentariuszką na bloku operacyjnym.

W 1992 roku za namową dzieci Szmidtowie wrócili do Polski. Zaszyli się w rodzinnej wsi żony – Zagozd na Pojezierzu Drawskim, gdzie kupili kilkanaście hektarów ziemi, by gospodarować na swoim, hodując m.in. kozy.

Podobnie jak niegdyś słynny fiński długodystansowiec Paavo Nurmi – Józef Szmidt stał się wielkim niemową. Nie lubi szumu wokół swojej osoby, bardzo ceni spokój, unika rozgłosu, stroni od dziennikarzy, zbywając ich słowami: „Było, minęło…”.

Autor tekstu: s. Gosia Pomersbach MChR (Siostry Misjonarki Chrystusa Króla)