Na świecie dosiadanie wierzchowców i ściganie się na nich ma bogatą historię. Przyjmuje się, że początki wyścigów konnych, które znamy po dziś dzień, miały miejsce w starożytnym Rzymie. Szczególne zamiłowanie do gonitw wykazywał cesarz rzymski Lucjusz Septymiusz Sewer, który żył na przełomie II i III wieku. To on nakazał zbudować hipodrom w Bizancjum. Musiało jednak minąć kilkaset lat, aż na świecie powstał pierwszy tor wyścigowy z prawdziwego zdarzenia, czyli Roodee w angielskim Chester. Jako datę powstania przyjmuje się 1540 rok.

W XVII wieku w Anglii konie ścigały się na dwunastu torach, ale pierwsze wyścigi w znanej nam obecnie formie zostały zorganizowane w drugiej połowie XVIII wieku. Utworzono wtedy Jockey Club, rejestrowano barwy stajenne, a w 1764 r. ogłoszone Rules of Racing.

W 1780 r. lord Derby i sir Charles Bunbury założyli się, czyj koń będzie szybszy. I chociaż pierwszy z nich przegrał, to jego nazwiskiem nazwano najważniejszą gonitwę dla trzyletnich koni pełnej krwi angielskiej. Zwycięstwo w derbach jest uważane za najbardziej miarodajny wskaźnik selekcji koni wyścigowych. Z kolei w 1803 roku rozegrały się pierwsze wyścigi przeszkodowe.

Historia wyścigów konnych w naszym kraju może nie sięga pierwszych piastów, ale także jest dość bogata. Początków musimy się doszukać w XVIII wieku, a konkretnie w 1777 roku. Wtedy bowiem klacz hrabiego Kazimierza Rzewuskiego pokonała w dwukonnym wyścigu konia angielskiego posła sir Charlesa Whitewortha. Gonitwa ta miała miejsce na drodze z Woli do Zamku Ujazdowskiego.

W 1841 roku powstało Towarzystwo Wyścigów Konnych i Wystawy Zwierząt Gospodarskich w Królestwie Polskim. Postawiło sobie za cel organizowanie wyścigów i wspieranie hodowli koni rasowych.

W XIX wieku wyścigi konne w Polsce, zwłaszcza wśród mieszkańców Kongresówki cieszyły się ogromną popularnością, którą można porównać do tej, jaką dzisiaj cieszy się piłka nożna. Informacje o rekordowych sumach kupna koni to niczym obecne hity transferowe na rynku piłkarskim. Obok siebie funkcjonowały sławne konie i nie mniej sławni dżokeje, duch wielkiej rywalizacji i spotkania socjety na trybunach. Najwięcej informacji zamieszczanych w „Kurierze Warszawskim” w rubryczce „Ze sportu” dotyczyło właśnie wyścigów konnych. Publikowano zapowiedzi i wyniki gonitw rozgrywanych zarówno w Warszawie, w innych miastach na terenie Królestwa Polskiego (w Lublinie, Łodzi, Piotrkowie, Radomiu) i Cesarstwa Rosyjskiego (w Moskwie, Petersburgu i Wilnie), jak i w innych krajach europejskich. A że oficjalnym językiem był rosyjski, więc wyścigi nazywały się – „miesto dla konnoj skaczki”, co gawiedź przerobiła na końską skaczkę.

W Warszawie wyścigi konne od 1887 roku rozgrywano na torze znajdującym się na ulicy Polnej w miejscu, gdzie obecnie znajduje się Rondo Jazdy Polskiej. Wtedy to zostały przeniesione z innej części Pola Mokotowskiego, nieco na południe od dzisiejszego budynku GUS, aby tor mieścił się bliżej miasta. Plac był oparkaniony, a od 1895 roku widzowie mogli zasiadać na krytych trybunach.

Dużą popularnością wśród publiczności cieszył się totalizator, który działał od 1880 roku. Nagrody były dosyć pokaźne. Wówczas zakłady przyciągały też osoby chcące się łatwo wzbogacić dzięki swojej intuicji i przebiegłości, a z tym zaraz zaczęły się i przekręty. Powszechnie skarżono się na stronnicze wypuszczanie koni do biegu, niesportowe zachowania i zmowy jeźdźców. Przez następne lata ukazywały się różne apele i narzekania na brak uczciwości, który to brak psuł wizerunek całego konnego sportu. Kulminacją tego wszystkiego było zdarzenie, jakie miało miejsce 8 lipca roku 1936. Otóż, jak podał „Warszawski Dziennik Narodowy”, podczas siódmej gonitwy dokonano złego startu i dwa konie pozostały w tyle o 100 metrów. Na dodatek w połowie dystansu Lady Daisy potrącona przez Kalibana wyłamała płot. Węszono zmowę i żądano unieważnienia wyścigu, a kiedy to nie nastąpiło, zaczęły się rozruchy. Najpierw wygwizdano starterów, potem publiczność wtargnęła na plac i by nie dopuścić do kolejnej gonitwy, kładła się na torze. Gdy i to nie poskutkowało, podpalono płot przy torze, wybito okienka totalizatora i próbowano podpalić trybuny. Kiedy pracownicy toru ugasili ogień, zaczęła się ogólna bijatyka; podobno poleciały i kamienie. „Przybyła rezerwa policji pieszej oraz pogotowie X-go komisariatu i pluton rezerwy konnej”. Dziewięć osób aresztowano, a ósma gonitwa nie odbyła się.

Rozbudowująca się w latach 20. Warszawa potrzebowała nowych terenów dlatego w 1925 r., Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce nabyło ok. 150 hektarów gruntów na Służewcu, w celu przeniesienia toru wyścigów konnych z Pól Mokotowskich poza granicę dawnej Warszawy. Wielkim dniem dla Toru Służewiec była sobota 3 czerwca 1939 roku, kiedy nastąpiło jego huczne otwarcie. W tym czasie był to najnowocześniejszy i największy tor wyścigów konnych w Europie.

Po wojnie pierwsze biegi na Służewcu rozegrano już w 1946 r. Kiedy jednak społeczeństwa Europy uporały się już ze zniszczeniami II wojny światowej, postawiły na rozrywkę, w tym na wyścigi konne, u nas królowała kolejna dekada bicia rekordów socjalizmu. Dekada Gierka próbowała dogonić Zachód, ale skończyła się bez większych sukcesów. W stanie wojennym i latach transformacji gospodarczej były ważniejsze problemy niż branża wyścigów konnych. Tym bardziej że spadły one do rangi hazardowej rozrywki warszawskiego półświatka. Doszło do sytuacji, w której w zasadzie padły. Uratowała je polityczna decyzja, w wyniku której państwowy Totalizator Sportowy w roku 2008 wziął w dzierżawę na 30 lat warszawski tor i zobowiązał się do jego utrzymywania oraz wyasygnowania stałej puli na nagrody.

Obecnie w Polsce działają 4 główne tory wyścigów konnych:

  • Tor Wyścigów Konnych Służewiec (Warszawa)
  • Tor Wyścigów Konnych Partynice (Wrocław)
  • Hipodrom Sopot, jedyny tor wyścigów konnych na świecie z widokiem na morze
  • Krakowski Tor Wyścigów Konnych (Buczków-Dąbrówka)

W 2000 roku Roman Pankiewicz, człowiek, który wyhodował w Polsce Baska, arabskiego ogiera, legendę Ameryki, na spacerze po Stadzie Ogierów w Bogusławicach powiedział do Jerzego Sawki, dyrektora Wrocławskiego Toru Wyścigów Konnych: – Panie Jerzy, w moim długim życiu widziałem wielu, którzy na koniach stracili fortuny. I ani jednego, który by się dorobił.

A ja mam nadzieję, że wtorkowy dzień był jednak bardziej szczęśliwy dla naszych rodaków, którzy zaryzykowali tego roku zabawę w „końską skaczkę” w Melbourne.

Tekst ukazał się w Radiu 3ZZZ w dniu 07.11.2020 roku: