Au:  Pl:
     W trakcie jeszcze pielgrzymki śladami św. Mary MacKillop do Adelaide, pojawiła się myśl wyprawy do Tasmanii. Idea ta krystalizowała się w czasie, aż wreszcie postanowiliśmy zorganizować wyprawę jako cruise na Tasmanię. W krótkim czasie, bo już na początku roku 2017 okazało się, że ta inicjatywa spotkała się z dobrym przyjęciem przez wielu. Pod koniec stycznia na liście było już 43 osoby. I gdyby nie brak miejsc na statku, z powodu pełnego składu na Golden Princess, było by ich jeszcze więcej. Cruise zaczynał się w poniedziałek 13.02.17, w godzinach popołudniowych.
     Dwa dni wcześniej, tj. , w sobotę 11.02.17, udało się zorganizować na Clifton St. spotkanie organizacyjne. Większość uczestników wyprawy była obecna. Omawialiśmy sprawy organizacyjne i logistyczne. Jak również mogliśmy się poznać i razem z sobą porozmawiać. W poniedziałek 13.02.17 o godz. 10 rano była Msza św. pogrzebowa ś.p. Tomasza Śpiewaka. Razem z Ojcami Słowikiem i Rybą odprawiałem tę Mszę św. Niemal bezpośrednio po niej z Paniami Krystyną Kisiel (to Ona właśnie namówiła mnie na taką formę wypoczynku) i Irenę Wrzesińską pojechaliśmy taksówką do portu.
     Przed naszymi oczami pojawił się statek Golden Princess. Zobaczyłem go po raz pierwszy. Wyglądał imponująco. Wielokrotnie widziałem wcześniej statek Spirit of Tasmania. Wydawał mi się dużym promem. Teraz przed oczami zobaczyłem kolos kilkakrotnie większy. Po przyjeździe na miejsce wskazano nam windę, która wywiozła nas na pierwsze piętro. W dużej hali było mnóstwo ludzi. Tworzyli oni kolejkę, która jak wijąca się wąż, tworzący niejako kilku członowe serpentyny, czekała na swoją kolej, by załatwić sprawy wstępu. Okazało się, że na tym statku płynie 2600 ludzi plus ponad 600 osób załogi. Stojąc w tej kolejce myślałem, gdzie my się wszyscy pomieścimy. Jednak na tym potężnym statku, zbudowanym we Włoszech 2001 r., w Genuii, miejsce było dla wszystkich. I tylko w czasie ciekawych występów artystycznych w jednym z tamtejszym teatrów, który mieścił z pewnością ponad tysiąc osób można było zobaczyć ten tłum. Pewnej części naszej polskiej grupie udało się spotkać już po wypłynięciu statku. Był on jeszcze w melbourjańskiej zatoce.
     Kiedy statek wypłynął na pełny ocean, zaczęło nas bujać, można było się czuć jak kiedyś w kołysce. Jednak większość naszej grupy tę pierwszą noc przespało spokojnie. Okazało się, że statek ma 17 pięter, i na 14 z nich jest 24 godzinny czynny bar-buffet. Ma on także cztery restauracje. W jednej z nich, na piątym piętrze, czyli Bernini dining room, mieliśmy zarezerwowaną możliwość odprawiania codziennej Eucharystii, oprócz czwartku, kiedy byliśmy już w Hobart i tam w polskiej wspólnocie sprawowaliśmy Najświętsza Ofiarę. We Mszy św. uczestniczyło większość naszej grupy. To był drugi dzień na statku, po pierwszej przespanej na morskich falach, niemniej bezpiecznie w wygodnych kajutach, nocy. Okazało się jednak, że na statku jest więcej ludzi polskiego pochodzenia i także katolików innych narodowości pragnących uczestniczyć w tej Ofierze Mszy św. W czasie ostatniej sobotniej Mszy św. było nas już kilka osób więcej. We wtorek, niemal zaraz po zakończeniu Mszy św. wpłynęliśmy do zatoki tasmańskiej Wineglass Bay. Delfiny witały nas skacząc przy statku. Te stworzenia także oddawały cześć Panu Bogu radosnym powitaniem.
 Ruiny więzienia kolonii karnej w Port Arthur    W następnym dniu tj., we środę wczesnym rankiem dotarliśmy do Port Arthur. Rano odmawiałem swoją kapłańską modlitwę na otwartym pokładzie 14 piętra. W pewnej chwili zobaczyłem brzeg z malowniczo wyglądającymi ruinami więzienia. Prawdopodobnie było to najokrutniejsze więzienie w historii Australii. Działało przez okres 47 lat (1830-1877). W tym czasie przewinęło się tam ponad 12 000 więźniów. Prawie wszyscy opuściliśmy statek, by szalupami dotrzeć do brzegu i zwiedzić to miejsce. Pisząc te słowa mam niejako przed oczami obraz piaskowo jasnych murów na tle zieleni lasów i wysokich drzew eukaliptusowych i dębów, posadzonych przez anglików i wód oceanu tej zatoki koloru stalowo ciemnego, przechodzące w błękit, kiedy słońce zaczynało wychodzić zza chmur i odbijać się w wodzie.
     Po powrocie na statek zjedliśmy szybki lunch, by móc zachować godzinę eucharystycznego postu. Odprawiałem Mszę św., modląc się za więźniów, o wieczne odpoczywanie dla tych już spoczywających w grobach i tych obecnie żyjących, którzy w tym odosobnieniu przeżywają niełatwe chwile. Już tego samego dnia dotarliśmy do Hobart. Wielu osobom udało się wieczorem tego dnia w teatrze na statku oglądać występ orkiestry miejscowej policji. Kilka osób komentowało ten występ jeszcze kilka następnych dni. W czwartek po śniadaniu zeszliśmy na brzeg. O godz. 10 zamówionym autobusem pojechaliśmy do kościoła św. Teresy, by wspólnie z ks. Kazimierzem Bojdą i przedstawicielami miejscowej Polonii odprawić Mszę św. Ks. Kazimierz witał się serdecznie z wieloma osobami, które już dobrze znał i którymi współpracował w czasie swojego ponad 40-letniego pobytu w Australii. Znaleźliśmy się w kościele jasnym, czystym sprawiającym bardzo przytulne wrażenie. Ks. Kazimierz odprawiał tę Mszę św., ja z nim koncelebrowałem. On mówił kilka słów wstępu, ja kazanie.
     Po skończonej Mszy św. zostaliśmy zaproszeni na lunch. W małej sali przy kościele zastaliśmy sowicie zastawione stoły. Wszyscy smakowali kanapki z wędzonym węgorzem i pstrągiem tęczowym. Zawsze w czasie naszych pielgrzymek i wypraw spotkania z miejscową Polonią są ważne i bardzo się z tego cieszymy. Z ich strony w Hobart spotkaliśmy się z wielką hojnością i serdecznością. Ks. Kazimierz i wspaniałe polskie małżeństwo tj. Eugeniusz Adamus z Żoną towarzyszyli nam na szczyt góry Wellington. Dotarliśmy tam autobusem. Na tej wąskiej drodze pnącej się w górę kierowca okazał duży kunszt jazdy. Stosunkowo szybko dotarliśmy na szczyt. Mieliśmy wielkie szczęście, gdyż zastaliśmy wspaniałą ciepłą pogodę, co podobno jest czymś wyjątkowym. Gdyż tam nawet w lecie spada śnieg. Przed naszymi oczami roztaczał się widok całej zatoki i miasta Hobart. W tym zachwycie można było trwać o wiele dłużej. Kiedy zjeżdżaliśmy w dół w autobusie panowała naprawdę dobra atmosfera. Bardzo do tego przyczynił się ks. Kazimierz swoim śpiewem i dobrym humorem, jak również nasi przewodnicy. Udało się nam jeszcze zobaczyć centrum miasta i miejscową katedrę. W niej wspólnie krótko modliliśmy się razem. W dobrych humorach wróciliśmy na statek. Już na statku będąc w grupach przedłużaliśmy nasze wspólne radowanie się tą wyprawą racząc się czymś dobrym. Piątek był dniem kiedy cały czas płynęliśmy na pełnym oceanie. Będąc na dziobie statku podziwiałem pływające i wyskakujące delfiny. Czasami miałem wrażenie, że też nie brakowało rekinów.
     Sobota 18.02. był ostatnim dniem naszej wyprawy. W godzinach popołudniowych do Philip Island. Była możliwość szalupami dopłynąć do wyspy i pozostać tam aż do późnych godzin wieczornych. Większość jednak z nas pozostało na statku. Ta wyspa dla mieszkańców Melbourne jest znana i wielokrotnie odwiedzana, zwłaszcza kiedy przyjeżdżają do Melbourne goście, którym chce się pokazać wieczorny powrót pingwinów do swoich siedzib. Żegnaliśmy się już w sobotę wieczorem, gdyż w niedzielę rano już od wczesnych godzin opuszczaliśmy statek Golden Princess. Można szczerze powiedzieć, że odpoczęliśmy a morska przygoda Cruise pozostałą w naszych żyłach.
Początek strony
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com